sobota, 6 lipca 2013

Wysokie obroty

Kładę się do łóżka. Wreszcie. Jakaś trzecia w nocy jest, albo - jak kto woli - nad ranem.
Godzina celowo na "dojeździe", co oznacza, że postanowiłam dojechać w towarzystwie telewizora do końca swojej wytrzymałości fizycznej, by następnie - w swoim misternie uknutym planie - paść jak betka i zasnąć w mig i bezmyślnie. Zakładam swoją "szmatę" na głowę, a konkretnie piżamę, w której nigdy nie śpię. Precyzyjniej rzecz ujmując, to owijam głowę tak, by mieć złudzenie ukrycia się w kokonie. Naciągam tkaninę na oczy i staram się zasnąć na komendę.
Nagle dopada mnie myśl: "Boże, mam prawie czterdzieści lat i deficyt choćby kawałka własnej podłogi pod stopami. Tkwię w wynajętym mieszkaniu bez żadnych perspektyw na swoje".
To "objawienie" stawia mi włosy na sztorc wszędzie, gdzie je mam i czuję obezwładniającą panikę w głowie.
Na szczęście, natychmiast i bezwarunkowo włącza mi się system przeciwpożarowy w mózgu i gadam w myślach do samej siebie: "No i co z tego, że mieszkasz w wynajętym? Ludzie w w takich Niemczech na przykład całe życie wynajmują i nie robią z tego powodu dramatu. A ci co mieszkają w "swoich"  okredytowanych na dwadzieścia i więcej lat? Jakie TO ICH jest???
Pakują pieniądze w urządzanie, a potem mają poczucie, że tyle zapłacili i spłacili, a bank im zabrał, bo na racie kolejnej suwak w budżecie domowym się zaciął. Bo jak tu przewidzieć gdzie i czy za dwadzieścia lat będę pracować? Eeee...nieeee... to ja w sumie mam fantastyczną sytuację... jak mnie się suwak zatnie to pójdę mieszkać gdzie indziej i już. Bez żałowania tapet, klinkieru, kimkietów, podłóg dębowych, poręczy stalowych i innych drogocenności, których nie da się zerwać ze ścian i podłóg, by zamontować gdzie indziej".
Taki sobie monolog uskuteczniłam w myślach, z każdym słowem niewypowiedzianym odprężenie czując coraz większe, aż wreszcie... odpłynęłam... by zerwać się przerażona o piątej trzydzieści, bo śniło mi się, że stoję na ubitej drodze z czajnikiem i ręcznikiem w dłoni i nie mam dokąd pójść...

piątek, 5 lipca 2013

Przerwa

Dla tych, którzy ustrzegli swoje uszy przed zabetonowaniem różnymi odmianami disco - z italo disco włącznie - i wrażliwość na inne smaki zachowali, specjalna dedykacja... Bo takie właśnie klimaty mi się po duszy plączą... Dzielę się więc nimi, bo jak stare porzekadło mówi: "kto się nie dzieli, ten kradnie"...

http://www.youtube.com/watch?v=h_2hVESUlGQ

środa, 3 lipca 2013

Good job

Rynek. Kafeja jakaś. Godzina 22.30. Na stole kawa i tiramisu. Bohaterowie: Koleżanka, Kolega no i ja.
- Kolego... a czym się zajmuje Twoja żona? - pytam.
- Zawodowo? - próbuje uściślić Kolega.
- Tak, zawodowo. - utwierdzam Go w przekonaniu, że właściwie interpretuje pytanie.
 - Zamknij oczy to zobaczysz.
Zdumiona wykonuję polecenie.
- Nooo... zamykam i nic  nie widzę..
- No bo ona nic nie robi..

wtorek, 2 lipca 2013

Martini night

Dzisiejszy wieczór upływa pod hasłem "noc z Martini". Tak sobie szklaneczkę za szklaneczką robię, wałkuję w kółko optymistyczny hit z "moich czasów", z refrenem o kształcie miękko wchodzącym tam gdzie powinien, czyli coś w stylu:
"I just wanna be close to you" i myślę - mimochodem słysząc i machinalnie tłumacząc - z kim to ja bym w sumie chciała być "close".
Nic wymyślić nie mogę i nie chcę w sumie specjalnie, bo myśli to są niebezpieczne i lepiej bym zastanowiła się o czym dzisiaj by tu, ale... też mi jakoś nie wychodzi. Zmieniam "płytę". Tina Turner i "Foreign Affair" - jakkolwiek się to pisze. Generalnie od muzyki zawsze mam dreszcze, ale dziś mam jeszcze lepsze. To chyba "wina" ostatnich trzech tygodni, a może tego wina, co to w siebie, w tym momencie z lubością leję.
Mam dobry nastrój, dobry czas i dobrych ludzi wokół siebie. Zdają egzaminy stare, realne przyjaźnie. Na piątkę. Przepraszam - na szóstkę. Trzeba inwestować w ludzi. Trzeba inwestować swój czas, uwagę i empatię. Nie rozliczać słów tylko czyny.  Dać czas czasowi. Nie pocić się z pośpiechu w pogoni za "opłacalnością" relacji. Pomimo wielu podobieństw, życie to nie giełda. Życie to czasem totolotek. A ja znowu wygrałam... Przyjaciela.

piątek, 28 czerwca 2013

Lokomocja

Jadę dziś wieczorem na piwo z Onym. Autobusem jedziemy i tramwajem, bo  nikt frajerem za kółkiem nie chce być, a koszt taksy lepiej wypić niż Złotówie kabzę nabijać. Ja kaleka, ostatni raz w początkach ubiegłego wieku z MPK korzystająca, zupełnie nieogarnięta byłam i biletu zakup na głowie Onego zostawiłam. Wyobrażenie to moje przerasta, że Mocium Panie, czasowe biletki powprowadzali i, że na takim biletku jeździć można pół godziny i przesiadać się dowolnie można też. Przeżywszy spory szok z odrealnienia wynikający i  z koniecznością zaakceptowania widoku sztajmesa lejącego metr od nas pod wiatą przystanku związany, pogrążona w głośnym rozważaniu "dlaczego taki męt obity i wiecznie opity po świecie chodzi, a biedne dzieci, niewinne umierają", zapakowałam się wreszcie do lokomocji środka.
Patrzę na te ludziska w słuchawkach o dwudziestej trzeciej prawie powracające, w ciszy siedzące i w świecie muzy pogrążone, w lepiącym się od milionów rąk tramwaju, i myślę sobie jak to dziś godzin zaledwie kilka wcześniej...
Jak to dziś mój Ulubiony Kolega sumitował się po wybuchu irytacji, że on w korkach stać nie lubi, a ja Go zmuszam... A nie lubi w nich stać w swoim pięknym, wygodnym, pachnącym, błyszczącym, sterylnym i klimatyzowanym samochodzie... I myślę sobie, że On to dopiero odrealniony jest ekstremalnie. Ale zaraz zadaję sobie pytanie: " W sumie to po co ma się urealniać skoro...nie musi...?"

wtorek, 25 czerwca 2013

Księżyc i Słońce

rzekł raz Księżyc Dumny 
do Dumnego Słońca
wiesz że TO nas spali
wiem odparło Słońce 
dusząc się z gorąca
dni mijają prędko
będzie dwa miesiące
Słonce tak jak nigdy 
nadal jest gorące
złości się na siebie
że naiwne było
że się w tę gorączkę
samo zanurzyło
a Księżyc wciąż dumny 
i nieprzygaszony
świeci gdzieś daleko 
zimny niewzruszony



poniedziałek, 24 czerwca 2013

Chińska zupa i moda światowa

Wchodzę do bardzo ekskluzywnego sklepu szmatowego.
Tak ekskluzywnego, że kilka lat temu, zanim stałam się asertywną chamką bez zahamowań, bałabym się nawet spojrzeć w jego stronę. Wchodzę więc zdecydowanym krokiem i nie witana przez nikogo, łapię za pierwszą z brzegu, tekstylną zabawkę. "Phi... nic szczególnego" - myślę i podążam wzrokiem w stronę metki z ceną. Marszczę czoło, skupiam wzrok i mamroczę do siebie pod nosem "rozmiar trzydzieści osiem, ceeenaaa pięć... pięćset sześćdziesiąt... pięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt dziewięć złotych" !!!
Podnoszę wzrok znad kartonika i już mniej pewnie rozglądam się po tym przybytku. Przesuwam się bezszelestnie do następnego wieszaka. Czuję się jak w kościele - ceny wymuszają pokorę i atencję. Ujmuję delikatnie w dłonie spodnie z nogawkami totalnie obrzępolonymi, czytaj - niechlujnie wykończonymi - cena również blisko sześciu tysięcy złotych, ale przekreślona i poniżej na czerwono nabazgrane: " 500 PLN". Zaczynam rozumieć... coraz mniej. Gacie za prawie sześć tysięcy przecenione o pięć tysięcy z "okładem" ??? Po chwili kieruję wzrok w stronę "lady", za którą stoją dwie skonfundowane Dziumdzie. Jedna udaje, że jej nie ma, druga zaś - jak na ekskluzywny butik przystało - zaspokaja się kubkiem z chińską zupką. Odnoszę wrażenie, że chińska zupa jest bardziej pożądana niż klient w tym - bezspornie - wyjątkowym sklepie. Nie odnoszę zaś wrażenia, bo jestem tego pewna, że za chwilę Factory we Wrocławiu straci najemcę, bo przy tak "profesjonalnym" personelu butiku i cenach z kosmosu, jego właściciela wkrótce nie będzie stać nawet na podłą, chińską zupę.