czwartek, 30 sierpnia 2018

Dni Szczęśliwości

Zdarzają mi się w życiu Dni Szczęśliwości. Póki co nie stanowią one jeszcze jednolitego ciągu, ale wiem do czego dążyć i jak chciałabym, by było.
Wielbię spokój i harmonię. Cenię sobie zaufanie i pewność, że jest jak myślę, że jest. Wtedy nawet odległość dzieląca mnie od Przyczyny Wszystkiego,  nie jest mi straszna, bo nie mam obaw i wątpliwości. Myślę, że poczucie bezpieczeństwa polegającego na otaczającym człowieka spokoju i pewności, że ma się Coś Wyjątkowego, coś, co determinuje fakt, że dni płyną łagodnie, czyni człowieka pięknym i interesującym.
Dziś jest Mój Dzień Szczęśliwości. Dziś dostałam róże o łodygach długich niczym młode drzewka. Ciągnęłam po podłodze wielki wazon i rosłam z radości, bo czułam  się jak mała dziewczynka, która dostała wielki prezent. Dziś spadł mi spory kamień z serca i poczułam ulgę, porównywalną z położeniem się do łóżka po całym dniu na nogach. Dziś moje Dzieci śpią - jak kiedyś - ze mną pod jednym dachem, co sprawia, że czuję się mamą jak wieki temu, gdy jeszcze gubiły mleczaki. Dziś też Niemoje Dziecko zapytało daczego nie jestem Jego mamą, co sprawiło, że poczułam się głupio, że nie trafiło tak jak by chciało trafić "z tego nieba" do rodziny na Ziemi. Dziś wreszcie Mężczyzna, któremu oddałam wszystko, jest ze mną bardziej i bliżej niż kiedykolwiek wcześniej, pomimo, że śpi w łóżku oddalonym od naszego o siedemset kilometrów. Dziś też widziałam ludzi smutnych i przybitych. Czułam się przy nich jak wybranka losu - silniejsza, spokojniejsza i opanowana. Czułam się szczęśliwa. Bo dziś jest mój Dzień Szczęśliwości.


wtorek, 21 sierpnia 2018

Babcia

Moja Babcia ma około 90 lat. Straciłam Ją z oczu na jakieś 25. Męczyło mnie to bardzo, że gdy byłam mała to u Niej mogłam zjeść szynkę nawet, gdy do świąt był jeszcze kawał, u Niej mogłam też pić mleko z cukrem przez smoczek pomimo lat 10 na karku. Ona też nauczyła mnie robić pierogi, kroić cieniutki makaron, szydełkować i drutować. Była dla mnie ucieleśnieniem spokoju, piękna, elegancji i czystości. Teraz, gdy odwiedzam ją w małym pokoiku w domu dla Starych Ludzi, do którego skurczyło się Jej piękne, estetycze i kryształowe w swej czystości mieszkanie, dowiaduję się, że Jej świat przez całe życie był nieiwele większy. Stanowili z Dziadkeim przykładne małżeństwo, które przeżyło ze sobą chyba z 50 lat.  Można? Można - powiedziałabym. Ale nie powiem. Moja Babcia przeżyła wieki z facetem łobuzem, który pędził wino w gąsiorach skitranych w czeluściach piwnicy i zapraszał tam kompanów z osiedla, by nie popaść w depresję z powodu picia w samotności. No i by zdania o sobie dobrego nie stracić, bo kto pije w samotności? Tylko alkoholik, a on przecież nim nie był. Babcia chciała chronić dzieci, więc nic im nie mówiła. Dzisiaj to Ona jest potworem i to Ona wpędziła dziadka do grobu. Babcia nigdy nie zaznała męskiej czułości, ani nie poczuła namiętności całujących Ją ust. Babcia rodziła. Babcia nie była nigdy w operetce. Raz w życiu była w kinie i raz u Papieża w Rzymie. Miał pnoć takie aksamitne dłonie. Babcia też by miała, gdyby igła krawiecka nie wywierciła Jej w opuszkach palców miliona dziur. Babcia patrzy na filmy romantyczne w telewizorze i mówi: "Gdzie to to takie czulości od mężczyzny, ja tego nie znam, ja tego nie miałam". Razem chodzili do kościoła. Przykładne małżeństwo. Dzisiaj Babcia płacze i mówi, że nie chce już żyć, że nigdy tak naprawdę nie żyła. Ale gdyby dziś mogła cofnąć czas, niczego by nie zmieniła. Bo przecież dzieci. Gdy wychodzę od Niej z Córką, przytula nas z całej siły i całuje każdą z osobna po trzy razy w szyję. Patrzę na Jej siwą głowę i chce mi się wyć. I chcę uciekać z tego koszmarnego miejsca i chcę zostać. Chcę, żeby znowu miała 50 lat i była młoda i taka moja i taka pewna siebie z papieroskiem w dłoni marki Zefir mentolowy. Tymczasem ludzie płakali po dziadku. "Byli taką ładną parą, a on takim cudownym mężem". Tak to widzieli. Nikt nie widział prawdy i Jej samotności. Bądź mądra. Nie bądź jak Babcia.

piątek, 3 sierpnia 2018

On jest jeszcze mały

Wychowanie dziecka zaczyna się od kołyski. Miłość nie przeszkadza w tym, by wychować dzieci na mądrych, wrażliwych, empatycznych, zrównoważonych i odpornych na wiatr w oczy dorosłych.
Czasem dzieje się jednak inaczej i plony nieudolnych prób zrobienia z małych ludzi dużych ludzi ze sprawnie funkcjonującym mózgiem, przypominają raczej chwasty.
Mamy więc brata z siostrą, gdzie siostra trochę starsza lecz też kilkuletnia czyni starania, by braciszka z awersją do sprzątniecia klocków jakoś przekonać do działania, pomóc mu nawet, by finalnie za niego sprzątnąć bałagan. Ten jednak siedzi rozmazany na dywanie, bezczynny kompletnie, pogrążony w bólu i poczuciu wielkiej krzywdy i wymusza, żeby było tak jak on chce lecz - co ważne - on sam nie wie jak by chciał chcieć, żeby było. Maże się więc, czeka aż mu ktoś gile wytrze i zrobi lub nie zrobi za niego, bo on naprawdę nie wie jak chce by było.
Drugi obrazek: stworzenie już dużo starsze szantażuje matkę, ojca lub zamiennie przymila się, pogrywa uczuciami, potrafi nawet skromność udawać lub też mizdrzyć się, udając zaciekawienie, niby to relację utrzymując, rozmowy nawiązując, po to tylko, by cel osiągnąć i wydębić dobra dla siebie - choćby w postaci zwolnienia z siedzenia w domu lub wydobycia z sakiewki rodzica paru zeta, pomimo, że ma wszystko - z paroma zetami w kieszeni włącznie.
Potem wreszcie mamy dorosłego - faceta, który ma tak wielką obsesję na punkcie swojego ego, że uraża go nawet to, że spojrzysz w sposób - jego zdaniem - niewlaściwy. Boli go najmniejsza krytyka jego osoby, bądź osób mu "bliskich". Piszę "bliskich" w cudzysłowiu, bo owi mają najczęściej wyrąbane na niego po całości. On dorosły lecz jednak wciąż mentalne dziecko (i to rozpuszczone za dziecka do granic wytrzymałości) lubi najwyraźniej być przez "bliskich" traktowany powierzchownie, z góry i bez szacunku, po to, by na osobach w istocie ważnych i kochających móc się wyżyć. Nie przebiera wtedy taki dorosły bachor w słowach, siecze na oślep, gnoi i rani do żywego, wsadza rozżarzoną żagiew w dupę drugiemu, byleby ten cierpiał mocniej i bardziej niż sam zainteresowany. Oczywiście dostaje z powrotem to, co podał, bo jak sam twierdzi - karma wraca. Zatem gdy wraca do niego karma i dostaje odpowiedź na swoje dziwne argumenty, jest obrażony i zbulwersowany, tytułujac przeciwnika (wszak każdy, kto ma odmienne zdanie to przeciwnik) prostym chamem, prymitywem i innymi smakowitymi określeniami. Dlaczego o tym piszę? Bo jako jedna z czterech sióstr w domu, będących siostrami jednego i najmłodszego zarazem brata, widziałam jak spolegliwa jest matka względem niego, a jak była surowa w stosunku do nas. Zawsze kazała ustąpić, oddać wbrew naszej woli, podzielić się, wybaczyć, bo "on jest jeszcze mały". Potem, gdy był duży argumentowała: " on jest najmłodszy, zostaw." Bo widzę jak dziewczynki muszą być mądre i silne, a chłopcy nie muszą obecnie być rycerscy, odpowiedzialni i twardzi. Patrzę na chłopczyków walacych głowami o posadzkę w marketach, słyszę opowieści o synalkach o wzroście maksymalnie metr i dwadzieścia centymetrów czyli wiek okołozerówkowy, którzy pytają "masz jakieś pieniądze?", a gdy słyszą negatywną odpowiedź popadają w rozpacz i tak długo stoją pod sklepem, aż dostaną samochodzik. Widzę w programach o karnych jeżach, jak synuś pluje na matkę, okłada pięściami i kopie, a ona nie potrafi wzbudzić respektu w smarkaczu, zamiast tego jednak potrafi siedzieć i płakać, dając dziecku poczucie przewagi i kontroli nad sytuacją.
Wielbię Matki kochające lecz twarde, wymagajace lecz nie przypieprzające się o byle co,  przyjacółki lecz nie koleżanki, Matki autorytety, Matki konkrety. Matki, które są w życiu dziecka ciałem i duszą, które pokazują, że świat bez regularnego zasilania kieszeni dziecka może być bogaty i wartościowy. I Ojców takich cenię. Ojców, którzy wybierają trud wychowania, zamiast łatwość wpychania w tyłek prezentów bez żadnej wartości prócz materialnej, okradając tym samym dziecko z empatii, wyczucia miejsca i czasu, bo prezent nawet przy małej okazji ma być ogromny. Bo jak jest mały to nie wart radości. I wstyd w gruncie rzeczy dać coś małego przecież, bo co sobie gówniarz o mnie pomyśli. Nie życzę mojej Córce Piotrusia Pana z przerostem ego i brakiem podstawowych zasad współżycia z otoczeniem. Nie życzę Jej wyzutego z emocji względem innych i współodczuwania degenerata emocjonalnego, który żyje dzięki temu, że niszczy, a niszczy przez to, że nikt go nie nauczył"za dziecka", że nie wolno szydzić z innych, poniżać i wyzywać. Bo  "za dziecka" wszystko mu było wolno, bo był przecież ciągle mały. Nie powiedział takiemu bęcwałowi też nikt, że grzebanie w drugim człowieku jak w serniku z rodzynkami i wydłubywanie z niego słabości, które są lub ich być może nawet tam nie ma jest haniebne i niegodne mężczyzny. Nie życzę sobie, Tobie ani nikomu na tym świecie sarkastycznych księżniczek bez wyrazu i cynicznych królewiczów z potrzebą wyśmiewaia i deprecjonowania innych. Życzę nam wszystkim dobrych dorosłych, którzy wyrośli z mądrze i czule wychowywanych dzieci. Wychowywanych, a nie hodowanych od kołyski.

wtorek, 24 lipca 2018

Tępa Suka

Czytam czasem Kobiety Permanentnie Załamane. Zahaczam okiem o teksty różnej maści, traktujące o poczuciu nieszczęśliwości, niesprawiedliwości, braku właściwych ludzi przy najwłaściwszych osobach i mierzi mnie to. Może jestem nieczuła na ludzki smutek, taki specyficzny - kobiecy, międlący, jęczący, poniżający, deprecjonujący kobietę jako człowieka mającego swoją godność i dumę. Może brak mi kobiecej wrażliwości, a może po prostu się wstydzę.
Jest też tak, że ja również międlę, jęczę i poniżam się w imię miłości ponad wszystko i za wszelką cenę. Robię to w najgorszy, możliwy sposób, bo okazuję sobie brak szacunku, korząc się przed Nim.
Chociaż sama nie wiem, co jest gorsze: wypruwać sobie flaki "na forum" czy w zaciszu domowym.
W każdym razie jestem zmęczona. Jestem zmęczona kiszeniem tego w domu, duszeniem w sobie i ewentualnie wyrzygiwaniem swojego smutku do uszu Mojej Córki, która jest moim Dzieckiem, a nie moją koleżanką do zwierzeń przy kieliszku aperolu. Jestem zmęczona swoją obcą niegdyś dla mnie mizerią, poddaniem, znoszeniem chaosu emocjonalnego, wynoszeniem się "z", wnoszeniem się spowrotem "do" i podnoszeniem ciężarów większych niż mogę unieść. Jestem wkurwiona na siebie za to, że - jak mówi Mój Syn o sobie - ja również w tych kwestiach (miłosnych znaczy się) - jestem miękką fają. Nie stawiam granic, nie egzekwuję szacunku, nie jestem konsekwentna. Żal mi siebie. Żal mi życia, nerwów, traconego czasu na spory o bzdury. Szkoda mi czasu na obrażanie się i na patrzenie na Obrażonego. Czasem sobie myślę, że może gdybym ja miała Chłopka Roztropka w swojej prostocie poczciwego,  to może byłoby mi prościej żyć z nim niż z MegaMózgiem o stopniu skomplikowania zbliżonym do poziomu złożoności konstrukcji statku kosmicznego.
Mój "złoty wiek" czyli - z perspektywy mojej Ławeczkowej Rozmówczyni Parkowej - to jeszcze młodość i śliczność ,to dla mnie zmierzch mojej radości, otwartości i promiennej cery.
Wszystko jest w głowie - tak mówią.  Najgorzej jest chyba dojść z głową do tego momentu, gdy Cały Świat Ci mówi, że jesteś piękna, mądra i dobra, a Ty zamiast zaufać Światu, wierzysz Komuś, kto w swoim zagubieniu i złości na łaskawy dla Niego los twierdzi, że Świat Cię kocha, bo się  na tobie nie poznał i nie wie jaką jesteś tępą suką.





piątek, 4 sierpnia 2017

Plus i minus


Jak długo ja nie pisałam nic... Nie wiem dlaczego. Zwrócono mi dzisiaj uwagę na fakt, że odebrałam przyjemność czytania podczas śniadania. Ja bym chciała pisać, tylko jak łąka z trawy wypalona się czuję. Nie mam nic do powiedzenia. Znowu. Więc milczę. Ale dzisiaj noc jest kolorowa. Wino wspaniałe, ludzie niemęczący, śpiew flamenco zamknięty w urokliwych organizmach i do tego paleta serów, dipów, zaimpregnowanych w syropie octowym rzodkiewek i innych smakowitości. Nie biegłabym do domu na złamanie karku wcale, gdyby nie fakt, że o dwudziestej czwartej zero zero spadał mi pantofelek i musiałam zdążyć wsiąść do miejskiej karety i zdążyć nim wybije dwunasta. W  pałacu zamiast stęsknionego Księciunia (bo przebywa aktualnie we Warszawie) czekały na mnie dwa wygłodniałe - chleba i szynki z pomidorem i z cebulą - młode ciała. Stanął więc wstawiony Kopciuszek do deski do krojenia oraz do parzenia pomidora i natrzaskał dwie tony kanapek. Potem pacholęta dostały gópawki od przesłodzonej herbaty, ja zaś siadłam do pisania, bo obiecałam. I płynę. Moje nastolatki się śmieją do rozpuku chociaż nic nie piły i pomimo tego, że jest godzina 00.55, ja zaś pomimo, że piłam nie odczuwam potrzeby rżenia i tarzania się w konwulsjach po podłodze. Ale nie przeszkadza mi to, że oni tego potrzebują i wtóruje im w tym opętaniu pies. A niech froterują panele koszulkami - łatwiej wrzucić szmaty do pralki niż na szmacie lecieć panele - myślę i czuję jak mój poziom samozadowolenia z tej filozoficznej rozkminy rośnie. I chociaż może się to wydać dziwne - właśnie dlatego świat jest taki piękny - bo jest różnorodny. Bo przyciąganie ma miejsce dzięki zderzaniu się różniących się od siebie ładunków,. Nawet kosztem wyładowań. Przyciąganie jest najważniejsze. Kto się przyciąga to to wie. 

sobota, 20 maja 2017

Poor cat


Także tego ten... w Szczecinie jestem - pięknym mieście portowym i choć nie tak pięknym jak wioska St. Tropez, to jednak niezwykle uroczym i we wszelkie cudne cudowności obfitującym. Mówię to co prawda z perspektywy Keefce w jednej z galerii handlowych, ale po przejściu przez bardzo ładne pasmo zieleni w centrum miasta park imitującym i zastawszy tam dwóch Śpiących Rycerzy poległych przed południem na dwóch sąsiadujących ławkach, stwierdziłam, że skoro miasto obce, a ja bezbronna, to wolę gdzieś w mocniej publicznym i bardziej obliczalnym miejscu na Ukochanego poczekać. Fruwam zatem radośnie po sklepach przeróżnych szczęśliwa, że nic mnie nie goni, niczego nie muszę i nikt na mnie nie czeka, aż tu nagle w Zarze na trzech Cudnych Cudaków Mięśniaków napataczam się i aż przystaję przy koszulach męskich (bo oni przy garniturach zawiesili się) żeby posłuchać fascynującej opowieści. Prawi tedy jeden z nich:

- Moja matka dzwoni do mnie telefonem pod domem żebym zszedł, bo kupiła 15 kilo karmy dla kota w dobrej cenie i żebym jej to wtargał na górę. Złażę, biorę wór na plecy i targam na czwarte. Stara mówi, że zapłaciła 70 zeta czy jakoś 170 i jara się, że tak tanio. No to ja też się jaram, że rzeczywiście. Na chacie sypiemy kotu do michy, a on wpierdalać nie chce, to myślę sobie skład przeczytam, bo może coś mu nie leży w tym żarciu. Pacze, a to kurwa żwirek dla kota jest, a nie karma.
Zataczam się na wieszak ze śmiechu, ale z całej czwórki historia ta bawi tylko mnie, bo towarzysze Cudnego Cudaka prezentują zmaltretowane i pełne współczucia miny, wieńcząc cierpienie kolegi chóralnym "o kurwaaa, no to chuj nie?".

niedziela, 7 maja 2017

Dom Pana i Katarzyna Maria Magdalena


Uważam, że aby być ateistą, trzeba mieć jaja i mocną psychikę. Bo kiedy jesteś ateistą nie masz możliwości polecieć z trzęsącymi gaciami do Boga, kiedy się boisz, ale też nie musisz przed Nikim czołobitności uskuteczniać, kiedy w życiu coś ci wyjdzie. Wtedy zawdzięczasz wszystko sobie, a i pretensje możesz mieć tylko do siebie jeśli coś spierdololisz, a jeśli rak cię zacznie zżerać, będziesz musiał się obejść twierdzeniem "no cóż, takie życie". Dzisiaj są moje czterdzieste drugie urodziny. Spierdolone jak poprzednie. Łamię się rzadko, ale ostatnio złamałam się dwa razy w odstępach niespełna dwutygodniowych i zapukałam do kościoła. Za pierwszym razem, tydzień po urazie pooperacyjnym i z częściami operowanymi w dłoniach, dowlokłam się pieszo do Domu Pana, pokonując odcinek półtorakilometrowy w niespełna czterdzieści minut. Ze zdumieniem obserwowałam jak wyprzedzają mnie ślimaki, a trawa rośnie na moich oczach. Kiedy już tam doszłam Pan mi nie otworzył czyli, że znaczy się pocałowałam klamę drzwi ciężkich i przez świeżocooperowaną i tak nie do otworzenia nawet gdyby były otwarte. Drugi raz był dzisiaj. Ponieważ - jak już wspomniałam - są moje urodziny, a komunikat był jasny, że mam sobie zaśpiewać "sto lat" sama, zabrałam ciało z domu i pojechałam nie wiedząc dokąd mam jechać. Okrążywszy kilka razy "Nowe Horyzonty" zaparkowałam wreszcie i mając już cel, zboczyłam z drogi do budynku kadzidłem pachnącego i wyposażonego w precjoza niczym skarbiec Sułtana. Tym razem było otwarte, a dwie pary drzwi uprzejmie odpuściły. Weszłam. Siadłam. Ludzi trochę. Bardzo starszych. Młodych może z pięć sztuk, ale to naprawdę młodych, a na dodatek chłopaków. Cała reszta ze średnią wieku sześćdziesiąt i pięć no i ja - z dupy - ni przypiął, ni przyłatał w żadnej z tych dwóch kategorii wiekowych nie mieszcząca się. Myślę sobie: "Niech kurwa ktoś do mnie przemówi, niech Bóg przemówi, Matka Najświętsza, Jezusek niech powie, żem dzielna i mądra, bo - żem głupia to już wiem, bo mi mówią często poza kościołem. Siedzę obok młodego lat może dwadzieścia albo osiemnaście, ramionami trzęsę, smarka wciągam na powrót do dziurki lewej, oko pocieram i polik i czekam. I słucham ciszy i szeptania "zdrowaśki" przez dziadunia w równoległym rzędzie. Tymczasem na ekranie słowa się pojawiają piosnki kościelnej i muzyka zawodzi tak, że już ani nad okiem ani nad smarkiem nie panuję i wszystko leci i już prawie na głos ryczę i czuję się jak psychicznie chora na roratach. Strofuję się w myślach: " Skup się! Czytaj! Tylko nie śpiewaj, bo wypełnienie Domu Bożego raptownie spadnie, tylko myśl, co czytasz i będzie git.". Czytam więc i gile mi przestają lecieć, bo w zdumienie takie zapadam się nad tekstem owym, że zapominam, że przyszłam tu zapadnięta w smutku kompletnym i żalu głębokim. Chyba nawet na tekstowo.pl nie znalazłabym tłumaczenia tego tekstu, a zrozumienie, co autor tworzący to dzieło pod wpływem oparów kadzideł chyba pozostający miał na myśli pozostanie rzeczą niemożliwą. Wymiękam w dziesiątej minucie nabożeństwa - na Litanii Loretańskiej, w okolicy wierszy: "domie złoty - módl się za nami, wieżo z kości słoniowej - módl się za nami, gwiazdo zaranna, bramo niebieska módl się...". Wychodzę, a raczej czmycham stamtąd jak mysz jaka albo - gorzej - szczur i pędzę do celu, który sobie wcześniej obrałam, a który jest tak cudownie obojętny i neutralny i jeszcze podają owocową herbatę. Siedzę i piszę to co tu piszę i nadal wierzę, że Bóg istnieje, ale coś czuję, że chyba nie chce ze mną gadać. Widać albo tak dobra jestem, że nie ma dla mnie wskazówki i nie  ma ze mną o czym gadać, albo jest już tak ze mną źle, że nawet palec Boży w rozwiązanie wcelowany, nie rozproszy mojej ślepoty i już taka pozostanę beznadziejna, aż do usranej śmierci mojej. Amen


wtorek, 4 kwietnia 2017

092


Bywam czasem i przelotem w luksusowej restaurancji, w której "slow food" to pojęcie obce, a żarcie chłodne smakuje jak trociny, dlatego na wieczkach podany jest czas, w którym trza wypchnąć tę żywność wysoko przetworzoną, aby zapobiec wyrzuceniu jej do śmieci. Nabiłam więc na ekran ciastko, kawę, tak zwane "kurczaczki", frytki oraz sos smaczny lecz strach pomyśleć z czego wyciśnięty, zapłaciłam następnie po czym  - oczekując na swoją kolej - poczęłam grzebać wew telefonie. W cholerę tych zamówień wisiało w segmencie "oczekujące", więc spraw załatwianiem telefonicznym zajęłam się, kątem tylko oka spozierając na przepływające do rubryki "gotowe" numerki. Nagle mój, a dokładnie 092 pojawił się w "gotowe", więc rzuciłam się ciałem całym na ladę, po to by przekonać się, że miałam zwidę, bo moje 092 niegotowe jeszcze. Stoję więc, trwa to długo trochę, więc patrzę znowu na "oczekujące", a tam mojego 092 nie ma. Zaglądam więc do "gotowych" ponownie, ale tam też go nie ma. Pytam więc Rosjankę lub Ukrainkę po drugiej stronie kontuaru gdzie moje zamówienie jest, a ona mi na to, że przed chwilą jakiś pan wziął i poszedł szybko na dwór. Stoję więc z tym numerkiem, rozdziawiam buzię i oświadczam tonem zawiedzionego przedszkolaka, że to przecież było moje jedzenie. Pani Rosjanka lub Ukrainka pociesza mnie, że zaraz dostanę nowe ciasteczko i wszystko i tak się też dzieje, ja jednak nie mogę wyjść z podziwu, jak bliźni mój jakiś mógł tak zuchwale, szybko i bezceremonialnie zapieprzyć mi posiłek. Dzwonię więc do Najbliższej Mi Osoby i opowiadam jak to się mimowolnie z jakimś bratem strawą podzieliłam, a On mi na to (oczywiście pół żartem), że dobry uczynek zrobiłam, kupując człowiekowi obiad. Fajnie jest  - powiem Wam - dzielić się z drugim człowiekiem, ale pod warunkiem, że tego chcesz, robisz to świadomie i wiesz, że człowiek ten naprawdę potrzebuje twojej pomocy i będzie ci za to chociaż odrobinę wdzięczny, a nie zadowolony z siebie, że znowu mu się udało zrobić z kogoś wała.

czwartek, 23 lutego 2017

Mezalians

Pcham sobie wózek metalowy zakupów pełen po mokrej kostce. Dzień akurat mam taki, że obojętne mi jest wszystko i wszystko jedno. Ani niezadowolona, ani też zadowolona nie jestem. Pcham więc, aż tu nagle podchodzi człowiek w kurtce pomiętej jak psu z gardła, w jednym bucie normalnie z podłożem łączącym się za pomocą podeszwy i w drugim we folii zawiniętym czy tam w reklamówce z biedry, kaufa czy innego miejsca modlitwy łikendowej każdego katolika, którego stać, by tam wejść. "Pani Ładna, pani da jakiś grosz, ale nie na alkohol" - mówi niepewnie i podkreśla dobitnie drugą część zdania. Patrzę mu prosto w oczy o nieodgadnionym wyrazie, na cerę zmęczoną i rozpulchnioną, w usta upstrzone zębami jak u starego konia i wiem, że nie na bułkę chce, ale z drugiej strony procentów od niego nie czuję, więc odpowiadam: "A dam Panie Brzydki, tylko jak pan kupi alkohol to pana przeklnę, bo czarownicą jestem". Daję facetowi pięć złotych, ku jego zdumieniu moją - widocznie nadzwyczajną - hojnością wywołanemu i pozwalam się wrobić we wspólny spacer do samochodu i opowieść o życiu, czyli niedobrej żonie, co go z domu wywaliła przez co bezdomnym się stał i o braku kogokolwiek, kto by teraz jego takiego bezdomnego chciał. Prawi mi też bezładnie i przez pół godziny o rodzinie dalszej i bliższej, a jego gadka się zupełnie kupy, ani niczego nie trzyma, bo widać, że mózg przeżarty być może nawet C2H5OH oraz innym gównem. Mówię gościowi żartobliwie i z uśmiechem, że może by się pozbierał, bo inaczej to rzeczywiście trudno o to, by zechciał go ktoś i, że nie wierzę w opowieść o winie po jedynie wrednej żony stronie. Facet przyznaje mi niechętnie rację i prosi żebyśmy jeszcze trochę postali, bo mu się ze mną fajnie gada. Stoję więc w tym mezaliansie kolejne piętnaście minut, wzbudzając nieskrywane zainteresowanie innych wózkowiczów. Koniec końców para, składająca się z gościa z nogą w reklamówce i z "pani ładnej" i do tego z wózkiem pełnym żarcia i papieru toaletowego, gadająca głośno i śmiejąca się bez powodu to widok raczej rzadki. Usiłuję zakończyć to  - pomimo okoliczności - miłe spotkanie kilka razy i z marnym skutkiem. Wreszcie facet wychodzi z nietypową prośbą: "Pani da mi kopa w dupę na szczęście bardzo proszę i już sobie idę." Patrzę na człowieka ze zdumieniem, ale widzę, że mówi serio, więc rozglądam się po ludziach, potem odruchowo sprawdzam czy buta mam aby czystego wystarczająco i mówię: "No dobra, wypnij się pan". Celuję czubkiem kozaka w tyłek mojego rozmówcy, potęgując jeszcze bardziej zdziwienie "tych normalnych od wózków", ale Kopnięty jest przeszczęśliwy,  więc tłumaczę sobie, że to był dobry uczynek - nawet jeśli taki zupełnie dziwny.

środa, 8 lutego 2017

Pupka

Czasami Człowiek bierze się za Pisanie. Wychodzi to Człowiekowi różnie - najczęściej trochębylejak czyli trochętakzdupy - jak zwykły mawiać moje Dzieci. Pisząc ten post w stanie wskazującym wyraźnie, a nawet wskazującym bezdyskusyjnie - mimo wszystko - staram się kontrolować pisownię i wciąż mam wrażenie, że błędy popełniam specjalnie. Dobrze, że mogę sobie wcisnąć "klawisz prawy" i on wszystko poprawi. To wszystko zasługa Pani Profesor Bratkowskiej z Technikum Budowlanego przy ulicy Grabiszyńskiej, która Język Polski wielbiła i ceniła do granic dobrego smaku i ogólnie przyjętej "normy przyzwoitości". Ale o czym to ja miałam... "Mój" powiedział ostatnio. że już nawet nie chce mu się czytać mojego bloga. Wielu nie chce się go czytać, bo przecież ja nie piszę o tym, jak przygotować polędwiczkę wieprzową, czy jak ładnie "Pieprzona Pani Domu" ma wysprzątać mieszkanie na powrót Pana, albo jak zrobić "gustownego loda", żeby Szanowny Monż był zadowolony i nie rozglądał się "na boki". Otóż i Drogie Panie - Monż zawsze będzie widział i zawsze będzie patrzył - niezależnie jakiej maści  i jak wysokich lotów ów  "lód" będzie. Lato idzie, więc nabierzcie odporności. Stawanie na głowie niczego nie zmieni, bo "zdobyta" nie jest już tym samym, co "zdobywana". Dlatego - i jak pewna Kobieta koło setnych urodzin kiedyś we windzie, w pewnym domu z wielkiej płyty mi rzekła: "Kobieta nigdy całej dupy pokazywać Menszczyźnie nie powinna, a jak ma jakie zapalenie to w nasiadówce z octu moczyć się winna, bo we wojnie to innego sposobu nie było".  Dlatego Drogie Kobiety, weźcie się z tymi terminami i okresami swojemi i nie mówcie wszystkiego  - jak czujecie i jak rozumiecie i gaci od razu nie ściągajcie przed Nim i całej = obecnie raczej bladej pupki nie pokazujcie. I potraktujcie to jako mondrość lódowom, bo w tej mondrości się kryje prawo gatunku i jego przetrwania. 

czwartek, 19 stycznia 2017

Różne stany świadomości


Zazdrościła tym, którym wszystko szło gładko i chciała wierzyć, że wcale nie jest tak różowo tam, gdzie w oczy rzucał się tylko róż. Długo próbowała pokolorować na choćby ciepły beż Jego i swój świat. Potem zrozumiała, że dla Niego wszystko farbuje tylko na jeden kolor - czarny. Już nie chciał patrzeć, nie chciał widzieć, słuchać nie chciał, ani słyszeć. Zrozumiała wreszcie, że jeśli nie przestanie oddychać Jego powietrzem, żyć Jego życiem i zatracać się w Nim - oszaleje i zamkną ją w wariatkowie. Czasami, kiedy była sama, wyciągała z pudełka swoje tabletki na arytmię i zastanawiała się ile trzeba byłoby połknąć, a innym razem z jaką prędkością należałoby wjechać pod naczepę tira lub w barierkę energochłonną. Przerażała samą siebie i nie mogła zrozumieć, gdzie uszedł z niej wrodzony pragmatyzm i uciekła zimna krew. Postawiła wszystkie uczucia na Niego i przegrała, bo przestał w niej widzieć Kobietę Swojego Życia. Zamiast niej widział nieudolną, starą kwokę, sapiącą przy garach i marny żywot niegodzien Jego uwagi, ubrany w ciało podstarzałej nimfy. Pozostawał obojętny na jej nocne podróże donikąd, monologi pełne pretensji i wołania o zrozumienie, spanie na kanapie, płacz czy zmaltretowaną po nieprzespanej nocy twarz. Nie działały czułe smsy, ani listy wyjaśniające skąd i dlaczego w niej złe emocje. Poniżała się i przepraszała nawet wtedy, gdy nie miał racji. Siłą zatrzymywała, gdy chciał wychodzić wkurzony. Ale wyzwalała w Nim już tylko litościwe spojrzenia, wymieszane z grymasem pogardy. Widział już tylko kolor czarny. Uciekał, a ona goniła. Wracał i męczył się byciem z nią. Ona zaś widziała to i marzyła żeby zniknąć, bo bycie razem zaczęło być dla obydwojga krępujące. Najchętniej uciekłaby przed Nim, Jego umęczonym jej widokiem spojrzeniem i ciosami, które serwował jej z przyjemnością i bez opamiętania w miejsce dawnej czułości. Najchętniej uciekłaby od tego wszystkiego, od Niego. Uciekłaby do czerwca roku 2016 - go - kiedy byli razem nieziemsko szczęśliwi.

środa, 11 stycznia 2017

Dojrzałość o smaku truskawki


Stoję w "Lydlu", w kolejce. Szczęście mam wielkie, bom już na ladzie wyładowana. Przede mną bardzo dojrzały mężczyzna i jego zakupy: bułki, masło, ser, wędlina, chusteczki higieniczne i... spora paka prezerwatyw o smaku truskawkowym. Za kasą młoda dziewczyna, która krzyżuje ze mną spojrzenie. Mam kamienną twarz, ale z pewnością myślę w tej chwili to samo, zaglądając w jej radosne i pełne niedowierzania oczy. Obydwie nie możemy powstrzymać gapienia się na faceta, który ma jak nic ze siedemdziesiąt lat i ochotę na figle. Kiedy po mojej głowie biegnie przelotna myśl : "Ech, żeby i Mój tak długo chciał i mógł.", Dziadek usiłuje trafić kartą w wąską szczelinę terminala. Plastik drży w jego dłoniach, więc kasjerka spieszy z pomocą i wkłada mu kartę tam gdzie trzeba, ale  nie może powstrzymać konwulsyjnego drżenia ramion i grymasu uśmiechu na twarzy. Kiedy oni mocują się z kartą, ja nie mogę oprzeć się myśli jak on sobie kurde "tam" radzi, jak tu nie może trafić. Wzdragam się, oblatując jednocześnie wzrokiem całe jego jestestwo. W końcu Starszy Pan szczęśliwie finiszuje i odchodzi od kasy, pozostawiając nas w głębokiej konsternacji, bo sprawia wrażenie jakby nic sobie nie robił z naszego osłupienia. To jest prawdziwa siła charakteru - nie myśleć, co myślą inni tylko, co zrobić, by amatorka gumy truskawkowej wyszła z uczty zadowolona. No, chyba, że owocowa paczuszka była dla wnuczka :)

sobota, 7 stycznia 2017

Damy i Wieśniaczki


Przyznaję, oglądałam z otwartymi ustami. i przyznaję - nie chcę byście pomyśleli, że jestem stara i zgorzkniała, dlatego zazdraszczam, ale normalnie nie mogę, więc bez komentarza zjawiska się nie obejdzie. Kiedyś był taki format "Życie w przepychu", ukazujący żmudne wydawanie mnożących się bez opamiętania rubli przez obrzydliwie bogate Rosjanki i Ukrainki. Znudziło mnie to już po pierwszym odcinku, bo ileż można patrzeć jak pies pije czerwone wino za ciężkie tysiące z kryształowego kieliszka, a jego właścicielka podczas napadu furii postanawia wytłuc całą porcelanę kosztującą majątek i pamiętającą cara. Ale oto mamy coś "bliżej ciała" czyli coś dla normalnego świata, składającego się z ładniejszych i brzydszych, bogatszych i biedniejszych, mądrzejszych i głupszych czyli dla nas - zwykłych śmiertelników. "Damy i Wieśniaczki" wersja rosyjska rzeczywiście ukazała przepaść - nie tylko intelektualną pomiędzy dziewczynami z "wielkiego świata", a chłopkami z głębokiej ukraińskiej czy rosyjskiej wsi. O ile w wersji naszych sąsiadów różnice nie tylko statusu materialnego są miażdżące i trudno nie odróżnić damy od wieśniaczki choćby po wyjątkowej ogładzie lub jej braku, o tyle w polskiej wersji, jedną od drugiej jestem w stanie odróżnić jedynie po napompowanych wargach i doczepionych rzęsach. Myślę, że trafniejszy byłby tutaj tytuł: "Prostaczki i Wieśniaczki", bo o ile Wieśniaczka może być prosta, o tyle już prostaczka nie może być damą. Przepraszam, ale użyć określenia "wieśniara" w stosunku do bardzo umownej "damy" z polskiej podróby oryginalnego programu, byłoby obrazą dla tytułowych Wieśniaczek. Nie wiem skąd pozyskały się "damy" w polskiej wersji programu, jednak jestem przekonana, że nie z wielkiego świata kultury i nauki, a co najwyżej z półświatka szemranego biznesu. Ani urody, ani szlachetnych rysów, ani długiej szyi, ani wiotkiej kibici, ani nawet choćby jednej perły w uchu, o jedwabnej bluzce czy luksusowej sukni nie wspominając. Nie wiem czy damy pokroju boskiej Beaty Tyszkiewicz krew nagła nie zalewa gdy patrzy na ten polski middle/ high class, ale pewnie Prawdziwa Dama Tyszkiewicz nie zdziera sobie oczu oglądaniem słomy roznoszonej po "salonach", bo ani słoma, ani salony nie są najlepszego gatunku, ani damy najwyższej próby intelektualnej.

środa, 14 grudnia 2016

Słodki Toi Toi

Mój jest prawdziwym wrażliwcem. Tacy kochają zwierzęta. No, może nie od razu wszystkie,  ale  powiedzmy psy - po prostu uwielbiają. Wiem takie rzeczy o Nim, bo zdawkowo mi opowiadał o tym jak to miał kiedyś psa. Od dłuższego czasu więc namawiałam Mojego na czworonoga, bo czułam, że mu ktoś taki jest potrzebny do szczęścia, ale najpierw kategorycznie odmawiał, potem zredukował odmowę do wahania, aż w końcu i po kilku długich miesiącach (kiedy już ustaliliśmy, że kupowanie psów jest nieetyczne i świadczy jedynie o ludzkiej próżności), powiedział sakramentalne :"Załatw to, bo ja nie pojadę do schroniska". Na okazję, by "to" załatwić, nie musiałam długo czekać, bo Mój niebawem wybył w delegację. Zebrałam więc gremium w postaci Dzieci własnych, zapakowałam w auto i - w przekonaniu, że co najwyżej obejrzymy i wrócimy" - udałam się na ulicę Ślazową. Miejsce - choć pełne ludzi pracujących z pasją i poświęceniem" - przytłaczało ponurością szarych klatek i odorem psich kup. Podobnie jak Mój, ja również mam wrażliwe miejsca w ciele, więc wizyta tam była dla mnie trudnym doświadczeniem. Było zimno, dlatego wszystkie zwierzaki siedziały w pawilonach. Weszliśmy w pierwsze drzwi z brzegu i trafiliśmy do szczeniakarni. Byłam zdziwiona, że w schronisku w ogóle przebywają szczeniaki i to w takich ilościach. Serce mi się kroiło w plastry, dlatego postanowiłam, że nie przebieramy jak w pralinkach lecz wchodzimy w pierwszy korytarz z brzegu i tam podejmujemy decyzję. Minęliśmy kojec ze średniej wielkości kudłaczem, którego szanse na adopcję były znikome przez wzgląd na olbrzymi niepokój, przejawiający się w zawziętym szczekaniu na obcych i pokazywaniu całkiem niemałych kłów. Potem był słodki york z depresją, odwrócony ogonem do świata, a potem kremowy jamnikokundelek - niezwykle sympatyczny i otwarty na ludzi, aż wreszcie mała, kremowa kulka  z uszkami cappuccino i wielkości męskiej dłoni. Kulka siedziała spokojnie i patrzyła na nas czarnymi jak węgielki oczkami. Dwadzieścia minut później wydłubywaliśmy skubańca z zasikanego kojca, bo tak się bał, że o radosnym skoku w ramiona i świetlaną przyszłość nie było mowy. Pierwszego wieczoru w domu jakby go nie było. Siedział cicho jak mysz i tylko się przytulał. Dzisiaj mija równo tydzień od dnia kiedy przyszedł do nas Mikołaj i przyniósł Kapsla. Uważam, że cudne imię wymyślił dla niego Mój, ale po siedmiu dniach pod jednym dachem, myślę, że stworzenie to powinno wabić się Dzikus, Freak, a jeszcze celniej - Toi Toi, bo takiej ilości kup i sików jaką generuje ten dwumiesięczny szczeniak nie znajdziecie w żadnym miejskim "toju". Do tego Mój rozpieszcza go do granic mojej wytrzymałości i granic obrzydliwości. Czuję się jak mąż odstawiony przez żonę na boczny tor, bo ta skupiła się na funkcji "matka karmiąca". Naturalnie (?!) zachwyca się każdą kupą zrobioną na zasłonę czy dywan i sikami płynącymi po panelach lub kafelkach w łazience. Psiur śpi z nami, odpoczywa z nami, je z nami, ale najbardziej upodobał sobie wchodzenie ze mną pod prysznic. Nie znam drugiego psa, który tak bardzo lubi ciepłą wodę i płyn do mycia ciała "Dove". Jest chyba najbardziej wycałowanym i wyprzytulanym psim niemowlakiem w galaktyce, ale odpłaca tym samym, rozdając liźnięcia w ilościach hurtowych i każdemu po równo. Adoptujcie zwierzaki ludzie, bo kupuje się samochody i buty, a nie żywe istoty. Nie uczestniczcie w handlu żywym towarem. Adoptujcie. Dostaniecie w zamian morze miłości i bezkresne uwielbienie stworzenia, które kocha wiernie i bezwarunkowo.

niedziela, 27 listopada 2016

Pięknoty i brzydoty czyli a fuuu

Telewizja w ostatnich czasach zalicza upadek nie tylko wolności słowa i wyboru, ale także glebę intelektualną i ... klasową. Nie twierdzę oczywiście, że wcześniej TV karmiła nas kawiorem i pokazywała same perły, ale teraz odmóżdżanie i wspieranie "prostych, niezłożonych umysłów" ma niezwykłą moc rażenia i wsparcie władz odpowiedzialnych za ramówki. "Mój" w końcu nie zdzierżył i któregoś razu wykrzyczał mi, że nie będzie ze mną oglądał tych głupich programów, a innym razem - wytykając mi tępotę i brak ambicji  - nie tylko intelektualnej, wyrzucił z siebie zdanie nie tyle prawdziwe, co raniące i to nie tylko z grubsza, ale także z cieńsza i do spodu, a brzmiało ono mniej więcej tak: "A niby co mam z Tobą robić ??? Oglądać głupią żonę dla rolnika???!!" Cóż, kiedy nie ma co oglądać, ogląda się to, co jest, gdy człowiek zmęczony tak, że książki nie utrzyma w dłoni, a oczy tak się lepią, że na dłuższy seans filmowy z DVD nie ma co się rzucać. Pomijając fakt, że dostało się być może niesłusznie niejednej kandydatce na "głupią żonę ", a nie wyraźnie tępemu, niejednemu osłu z brudnymi szponami jak u krogulca w roli selekcjonera i  to, że ja  - jako odbiorca owego formatu - zostałam za "głupią żonę" uznana, prawdą jest, że takiego gówna w TV jakie obecnie spożywać "musimy" dawno nie było. Co tam jednak "Żona dla rolnika" z całym tym niezaprzeczalnym regresem intelektu kandydatów, tak widocznym w zderzeniu z poprzednią edycją. Teraz mamy "Chłopaków do wzięcia", których nikt nie chce wziąć i brać. Mam wrażenie, że telewizja zabrnęła nie tylko na samo dno, nie tylko pod strzechy, ale także do najbardziej zapiździałych rejonów Rzeczypospolitej Polskiej, do baraków, kontenerów i wszelkich melin, bo z takich właśnie miejsc kandydatów na chłopaków prezentuje. Siedzi taki Józek z drugim Mietkiem oraz Zenkiem we wsi głębokiej, a konkretnie pod sklepem wielobranżowym i przemysłowym, jednak w ofercie swej zawierającym proste alkohole wysokoprocentowe i wysokomózgojebne, i narzekają, że nie mają kobiety i, że żadna ich nie chce. Józek mocno podupadły na wierze, że jeszcze spotka taką, co będzie miała na czym siedzieć i czym oddychać i która go pokocha, przyjmuje argument kolegi Mietka, żeby to pierdolił, bo najlepszą kobietą dla nich jest flaszka o mocy 40 wolt, która nie tylko rozgrzeje i ukoi wszelki smutek, ale i wprawi w stan zadowolenia i da poczucie bycia "kimś" na tym zasranym świecie no i - co najważniejsze - milczy i nie zrzędzi. Chłopaki wyraźnie podbudowane argumentami Mietka, szczerzą do kamery popsute i szczątkowe uzębienie i czarnymi jak ziemia paluchami, przeczesują tłuste strąki przerzedzonych włosów, ze smakiem dopalając filtry papierosów.
Ale cicho, cicho... Oto jest para, która... mnie wzrusza. Facet koło czterdziestki, kompletnie nierozgarnięty, mieszkający w chacie w lesie, bez prądu, wody, bez niczego dosłownie, odnosi sukces i poznaje kobietę. Kobieta jest równie atrakcyjna jak on sam czyli  - w ogólnym pojęciu - kompletnie wcale. On upiekł dla niej ciasto u rzutkiego jak na to towarzystwo siostrzeńca, i który ma w domu prąd. Przygotował również skromny kwiatuszek i zapalił świeczki, bo nic innego zapalić nie mógł. Może mógłby jeszcze i ewentualnie pochodnię, ale strzecha poszłaby z dymem jak nic. Niewiasta przyjechała na rowerze, brnąc przez chaszcze i muldy, ale u progu chaty czekał dżentelmen, który - nie bacząc na tonaż wybranki - dziarsko chwycił ją w ramiona i przetargał przez próg swojej rezydencji. Rozmowa szła im naturalnie jak po grudzie, bo obydwoje byli bardzo wstydliwi i bez doświadczenia w kwestiach damsko - męskich, co jednak nie przeszkodziło im zacząć całować się w siódmej minucie spotkania. Patrzyło na to dwóch siedemnastoletnich chłopaków, znaczy się syn mój oraz jego kolega, bo zrobiliśmy sobie wieczór kanapowo - telewizyjny. Syn nie odważył się na komentarz, bo matkę swoją zna i nie chciał być wytargany za prawe ucho, jednak kolega nie mógł się oprzeć i bezustannie powtarzał "o fuu".
Koniec końców zapytałam młodzieńca, co go tak zniesmacza. 
- "Oni się całują, to jest obrzydliwe". 
- Uważasz za obrzydliwe całowanie się dwojga ludzi? - Zapytałam.
- Nie, nie, całowanie jest ok tylko wie pani, nie takich ludzi. - Odparł chłopak.
- Przecież nie tylko ładni mają prawo i ochotę, by się całować. - Stwierdziłam bez wiary, że młody da się przekonać.
Przed oczami stanęły mi ładne dziunie z siłowni, które wypinając pupki i nadymając usteczka przed wielkimi lustrami, są sobą zachwycone tak bardzo, że nikt inny nie jest w stanie zachwycić się nimi bardziej. I oczywiście napompowane indory z malującą się na twarzy pogonią za rozumem i jeszcze potężniejszymi niż radość z widoku swojego odbicia mięśniami. Takie pięknoty mogą się całować. Brzydoty w grubych okularach i  z niećwiczonym tyłkiem już nie. Bo przecież to jest "aaa fuuu". 

poniedziałek, 21 listopada 2016

Twarde chomiki

Popsuło mi się kolano lewe, w związku z czym dostałam skierowanie na rehabilitację. Zwlekałam z pójściem, ale gdy zorientowałam się, że od samego posiadania skierowania mi nie przechodzi, postanowiłam udać się na zalecone leczenie. Na miejscu dosłownie przetwórnia popsutych ludzi - głównie starszych, ale - ku mojemu pokrzepieniu - "z młodych" nie byłam sama. Kiedy sympatyczny pan rehabilitant dobrał się do mojej nogi, spociłam się jak szczur z bólu, a w pewnym momencie myślałam, że wyjdę bez kończyny. Pan rehabilitant - powściągliwy początkowo, przy kolejnym spotkaniu rozkręcił się na dobre i widząc moją niechęć do pracy w temacie, postanowił mnie zagadać. 
- A wie pani, ja to miałem trzy chomiki w życiu, tylko one mi zawsze jakoś tak twardniały. 
- Jak to twardniały??? - wytrzeszczyłam oczy, bo numeru z twardnieniem chomików nie znam, pomimo, że ja też owe miałam, a jednego zahibernowałam nawet na wieczność, gdy ten postanowił ograbić mi lodówkę.
- No wie pani, siedział sobie w klatce jak gdyby nigdy nic, a potem tak z dnia na dzień się kulił i kulił coraz bardziej, tak jakby spał, a jak po kilku dniach go tak - wie pani - poszturchałem palcem (tu nastąpiła prezentacja szturchania palcem - równie zabawna jak sama opowieść), to on taki wie pani -  normalnie taki twardy był. No i się nie ruszał...nie wiem spał tak mocno czy cooo.
- Ale obudził się potem? - spytałam bez większej nadziei w głosie, jednocześnie kuląc się i twardniejąc cała ze śmiechu.
- A gdzie tam. Spał jak zabity. I tak z każdym było. Myślałem, że one zapadają w sen zimowy.- Odparł zafrasowany Pan Artur.
Był przy tym tak naturalnie infantylny i tak zabawnie przedstawiał "szturchanie palcem twardego chomika", że łkałam ze śmiechu tak bardzo, że do naszego boksu zaglądali inni rehabilitanci, żeby zobaczyć, co się dzieje. Jak się można łatwo domyślić, kolano nie przestało mnie boleć, za to rozbolała mnie przepona ze śmiechu. Wyszłam za to znieczulona psychicznie i uhahana. To był prawdziwie profesjonalny zabieg odciążający nie tylko kolano, ale przede wszystkim mózg. Bo nie ma to jak twardy chomik panie.

niedziela, 6 listopada 2016

Bajeczka o jednej starej, stękającej babie

Wyszła za Tego Człowieka tak po prostu - bo zaproponował. Za stara i za mądra była na ciążę "z wpadki" i zbyt głupia i wkręcona w Jego pokręconą osobowość, by w porę zreflektować się, że to się nie może przecież udać. Poszła "za ten mąż", bo w sumie nie miała nic ciekawszego do roboty, zmęczona i znużona jak stary marynarz, który zwiedził wiele portów świata, w których ludzie mówili różnymi językami, jednak wciąż o tym samym. Podświadomie chyba chciała zawinąć gdzieś na stałe, chciała czegoś więcej niż ładnych obrazków, przewalających się przez jej życie jak szkiełka w kalejdoskopie, ale wciąż była ostatnią istotą na ziemi, którą ona sama lub ktokolwiek posądziłby o taką woltę czyli kolejne małżeństwo. Gość wkurwiał ją i fascynował jednocześnie, ale fascynacja brała górę nad irytacją, bo Facet nic, a nic nie był przecież nudny jak inni. Nie pierdolił głodnych kawałków o swojej przewadze nad pozostałymi samcami i nie prawił obślizgłych komplementów, których celem zazwyczaj jest nieposkromiona potrzeba zaciągnięcia ofiary w bety lub i - w ostateczności - do toalety. Tak, nuda w gościu i brak wyrazistości kastrowały ją zarówno z libido jak i zainteresowania takim bezpłciowym palantem. Ten, to co innego - wiecznie pogrążony w ciężkich myślach, czego znakiem były głębokie bruzdy na czole, inteligentny tak, że ciary chodziły jej po plecach, kiedy z rzadka, ale jednak coś mówił, zabawny złośliwie, pragmatyczny uciążliwie, rozkminiający wszystko i rozkładający na czynniki pierwsze, zaradny, pachnący, sarkastyczny, pedantyczny detalista, czytający w myślach niczym w otwartej książce. Dżentelmen. Szarmancki. Ekskluzywny Introwertyk. Rozdarty Facet z Przeszłością. Ogarnięty. Pociągający. Miał wszystko. I mógłby mieć każdą kobietę chyba, ale zachowywał się tak jakby nie miał tego świadomości. Jej nie chciał. Zranić. Podobno nie chciał jej zrobić krzywdy dlatego ją trzymał na dystans i uciekał za każdym razem, gdy zbyt się do niej zbliżył. Kiedy ją odpychał, ona ustępowała bez oporu i usuwała się w cień. Potem jednak wracał. Ona zawsze Go przyjmowała. Potem się oświadczył. I poszli za ten mąż. I miewali piękne chwile, ale On wolał celebrować te brzydsze. Cisza piekła ją w uszy, złośliwostki coraz częściej kierowane pod jej adresem i sarkazm jak żądło wbijający się prosto w mózg, przenikliwość, która teraz miała służyć do tego, by odebrać jej godność i pewność siebie, to wszystko przestało kręcić, a zaczęło męczyć. Wcześniej  - po dużym "nieporozumieniu" - dostawała sms: "Kocham Cię, nie mogę bez Ciebie żyć", dwie wiosny później czytała już tylko "Przepraszam, nie da się z Tobą żyć." 
Teoretycznie, nawet jeśli sztorm na morzu, a statek wciąż płynie "brzuchem do dołu", to jest nadzieja, że wypłynie na spokojne wody. Trzeba "tylko" rozsądku, cierpliwości i opanowania kapitana. I szczerej chęci. Teoretycznie.

piątek, 28 października 2016

Miłość taka i nie taka

Jest zimno, ludzie na ulicy schowani po nos w kołnierze kurtek, a w ogrodowym basenie saunarium same golasy. Zawijam się ciaśniej w ręcznik i kulę w człowieku, podwijając palce w mokrych klapkach. Chcę jak najszybciej dobiec do zbiornika z wodą ciepłą jak zupa. Galopuję niezgrabnie, z trudem utrzymując równowagę w śliskim obuwiu i o mały włos nie przewracam pary dziadziusiów, którzy wyglądają jakby byli razem z pięćdziesiąt lat, bo raz, że od tego bycia razem zupełnie i totalnie stali się do siebie podobni, a dwa, że mają chyba po siedemdziesiąt lat z okładem i to grubym, więc te złote gody są mocno prawdopodobne. Dziadziusie nie przewrócili się na skutek mojego natarcia tylko dlatego, że ich wolne od ręczników dłonie trzymały się razem w mocnym uścisku. Wyglądali tak jakby jedno bez drugiego nie mogło przeżyć nawet minuty i jakby bali się, że się sobie zgubią. Popatrzyłam z rozczuleniem jak dziadziuś puszcza ręcznik, którym zakrywał swoją męskość, by z męstwem przytrzymać mocniej i uchronić przed upadkiem swoją kobietę. Przez ten ułamek sekundy pozazdrościłam jej. Potem zobaczyłam Ich znowu w saunie. Dziadziuś całował babcię to w ramię, to w szyję, jednocześnie wpatrując się z zachwytem w jej już jedynie domyślny owal twarzy. Babciusia nie odwzajemniała nawet w minimalnym stopniu otrzymywanych, ciepłych gestów, siedziała z rękoma splecionymi na udach i musztrowała dziadka, żeby przestał. Nie chciałam tak pomyśleć, ale pomyślałam : "Może to jest właśnie sposób na to, by gorączka i namiętność w mężczyźnie nie gasły?" Ciągłe staranie, wieczna niepewność i konieczność nieustannego zabiegania o względy swojej kobiety, prawdziwych mężczyzn najwyraźniej nie męczą. A może nie męczą tylko tych "starej daty"? Większość dzisiejszej populacji jest raczej zawiedziona i w krótszym bądź dłuższym odrobinę czasie dochodzi do wniosku, że kobieta, w której się zakochali jest bezwartościowa, nieudolna, niezdolna, a do tego zakłamana i niewdzięczna. Stwierdzają, że nie mają siły już dłużej "tego wszystkiego" znosić, dlatego odchodzą. Nie podnoszą ciężaru jakim  jest odpowiedzialność za podjęte decyzje, za drugiego człowieka, za to, żeby związek czuł się dobrze, a oni w tym związku byli szczęśliwi.  Drobny problem destabilizuje układ nerwowy współczesnego mężczyzny, a brak uległości partnerki, sprawia, że on wierzy, że musi to zakończyć. Ja natomiast nie wierzę, że para, której o mały włos nie rozniosłam na trawie ogrodu, spijała sobie tylko miód z ust przez całe wieki wspólnego życia. Nie uwierzę też, że którekolwiek z nich robiło wszystko żeby drobne nieporozumienia przeradzały się w wielkie awantury, a wielkie awantury w huczne...rozstania. Myślę, że i kiedyś i dziś Prawdziwy Mężczyzna woli okazać męstwo, wytrzymać i "puścić ręcznik" i -  być może - narazić się na drwiny z powodu swojej męskości, niż wypuścić z rąk to, co ma najcenniejsze czyli drugiego człowieka - szczególnie, gdy wie, że jest przez niego kochany. Prawdziwy Mężczyzna nie oczekuje wdzięczności za zachowanie, które jest częścią Prawdziwego Mężczyzny - nie oczekuje peanów na swoją cześć za uczynienie tego, co dla Faceta powinno być naturalne - chronienie kobiety. Ale czasami bywa inaczej i pozorny komfort posiadania ręcznika wygrywa z wartością jaką jest komfort bycia razem. Na dobre i na złe.

wtorek, 20 września 2016

Nerve

Poszłam do kina z pobudek osobistych. Potrzebowałam rozładować wkurwienie to znaczy uciec od ostentacyjnej ciszy w domu i wariackiej wrzawy w pulsującej ludźmi galerii. Jazda "przed siebie" odpadała, bo najeździłam się już tyle "dla odprężenia", że zliczając wszystkie kilometry, dojechałabym już chyba do Afryki i z powrotem. Na dworze zimno jak w psiej budzie, a jedyne w miarę znośne miejsce odosobnienia to kino. Na "Bryżit Dżons" byłam dzień wcześniej z Moim, więc tym razem mogłam wybierać pomiędzy krępującą mizerotą aktorską "Smoleńska" lub zagadkowym "Nerve". Wybrałam naturalnie opcję numer dwa. Jak już wspomniałam, szłam z zamysłem wyluzowania i złapania dystansu do wszystkiego, do czego dystansu jakoś załapać nie potrafię, chociaż bardzo się staram. Finalnie ogryzałam paznokcie i zakrywałam oczy dłońmi, bo nie miałam obok pachnącej pachy Mojego, pod którą mogłabym się skulić i przetrwać sceny mącące w - i tak już sporym - bałaganie w mojej głowie. Ale po kolei... Wszedłszy na salę, czułam się głupio, bo - i po pierwsze - dziwnie mi się od pewnego czasu chodzi samej do kina, a po drugie sala pełna była małolatów rok produkcji 1999. "Kij tam" - pomyślałam i - jak zwykle, gdy udaję singla - zaszyłam się w najciemniejszym kącie kina, żeby nie słyszeć ciamkania wiecznie głodnych i pomlaskiwań chwilowo napalonych, mających życzenie całować się właśnie tutaj. Film zaczął się zbyt "science fiction" jak na mój wiek, przez chwilę myślałam nawet, że nie dotrwam do końca, ale już dziesięć minut później byłam wkręcona kompletnie. Nie zdradzając szczegółów, powiem tylko, że pomijając - jak dla mnie - głupawą muzyczkę dla amerykańskich nastolatków, matki i ich udupione w necie na wieczność i przez siedem dni w tygodniu małolaty powinny iść i obejrzeć ten obraz razem. Wielu rodziców wie, że istnieje coś takiego jak "życie w necie", ale na tym kończy się ich blade pojęcie. Wielu rodziców myśli, że pasta to pasta, a "pasta" to również taki niby "post"na portalu łudząco przypominającym FB, ale pełnym obrzydliwości, nienawiści, podżegania do poniżania, szydzenia, obrażania i poglądów dzieci, opisanych kompletnie niezrozumiałym lecz pełnym wulgaryzmów językiem. "DarkNet" to już wyższa szkoła jazdy - nie tylko dla tetryków. Na szczęście. Na szczęście nie wszystkie nastolatki grzebią głębiej i na szczęście nie wiedzą, że istnieją kosztowne nie tylko emocjonalnie zamienniki FB, gdzie żeby zostać przyjętym do "grona" trzeba się wyrzygać on - line, albo wypić wodę z muszli klozetowej. I to jeszcze pół biedy jest. Bieda zaczyna się wtedy, gdy dzieciak pod wpływem presji otoczenia, dla popularności, a czasem kasy zaczyna robić naprawdę głupie i niebezpieczne rzeczy jak na przykład jazda na motocyklu z zawiązanymi oczami lub zwisanie kilkadziesiąt metrów nad ziemią z żurawia budowlanego. Idźcie i zobaczcie. Zyskacie wspólny czas i swoją oraz Dzieciaka... świadomość. Żadna gadka umoralniająca nie przemówi do wyobraźni Młodego Człowieka tak jak widok rówieśnika w matni.

niedziela, 4 września 2016

Real MAN

Wkurzam się czasem na Mojego, że niewrażliwy na moje cierpienie, że zaszyty w swoje myśli jak za komuny dolary w podszewkę marynarki, że obojętny na moje zmartwienia, że gazetę czyta jak ja wrzeszczę, że jak już mi się uda wreszcie zmusić do jakiejś reakcji, to brzydkie mi rzeczy mówi, że przeprasza za rzadko, że obraża się za często, nie słucha zbyt uważnie, że mówi za mało, że tak mnie wkurza, że i leżakiem szurnę po balkonie i pilotem rąbnę o podłogę, a łaciński język rozwijam w tempie imponującym. Ale wiem, że właśnie takiego chcę i, że prawie każda dojrzała Kobieta takiego właśnie by chciała chcieć mieć. Bo dojrzałe Kobiety już się nabyły z dupami wołowymi, życiowo nieudolnymi, z premedytacją spolegliwymi, z wyuczoną niezaradnością, z fachową bezsilnością, z brakiem ikry, z brakiem celu, ze śliskim na inne baby okiem i z tępo na wybrankę swoją skierowanym wzrokiem. Mój taki chropowaty jest czasem, ale nigdy nie pizdowaty i  nigdy nie mówi, że się nie da, że nie umie, że później, że nigdy, że po co. Nauczyłam się w życiu być harda i twarda i wydawało mi się, że taka samodzielność totalna mnie jara. Dziś jestem spolegliwa bardziej i  - nad czym nie mogę wyjść z podziwu - to mnie cieszy i daje  radość. Bo nie jestem już samotna. Lubię jak Mój jest zazdrosny, bo Były zazdrosny nie był. Lubię kiedy jest upierdliwie uparty i zawzięty, bo wiem, że to dowód na odpowiedzialność za mnie i rodzinę i wiem, że nie rozłoży rąk i nie stanie jak mameja w sytuacji podbramkowej tylko będzie walczył. Kiedy już wreszcie nauczyłam się być kobietą, niczego nie straciłam...Facet powinien też pogłaskać swoją kobietę po włosach, chcieć robić jej niespodzianki, kupować kwiaty, zawstydzać ją kolejnym prezentem bez okazji i mieć potrzebę chwalenia się nią na mieście. Nie, nie uważam, że to jest seksistowskie podejście. Uważam, że Kobieta ma prawo i obowiązek być kobieca i winna mieć zakaz obcinania jaj swojemu Mężczyźnie. Jako eks twardzielka wiem, że głupia byłam próbując być jak mężczyzna. Takie twarde sztuki wyją w poduchy, gdy nikt nie widzi. Ja sobie wyję obecnie kiedy chcę i nie łajam się bynajmniej, że to takie "niemęskie". Czasem mam z tego korzyść, bo Mój mnie potem przytula jeszcze bardziej i kocha jeszcze mocniej. Bo każdy chce się czuć komuś potrzebny, a tak się właśnie czuje człowiek, gdy kogoś wspiera i pociesza. A po co twardej Zośce Samośce czuły facet jak ona przecież nikogo nie potrzebuje? No to jak pokazuje światu, że nie potrzebuje, to nie ma. Proste.